Gazeta Wyborcza w jednym z artykułów przedstawia problem fałszywych kliknięć, z którym nie radzi sobie firma, a płacą za to użytkownicy. Czy jednak na pewno powinniśmy to widzieć w aż takich czarnych barwach?Gazeta jako przykład przedstawia historię właściciela firmy związanej z telewizją satelitarną i naziemną, który jakiś czas temu postanowił zareklamować swoją firmę w Google. Początkowo płacił od 500 do 700zł za miesiąc, jednak w pewnym momencie opłata zaczęła lawinowo rosnąć. W końcu kwoty sięgnęły 2,5 tys.zł.
W tym samym czasie liczba kliknięć w jego reklamy rosła równie szybko jak opłaty. Sięgnęła nawet 19 tys., co oznaczałoby, że średnio co dwie minuty ktoś klikał w jego link.
Reklamodawca w końcu zrezygnował, a Google nie doszukało się w tym niczego podejrzanego.
Czy winne były tzw. „Click Fraud”?
Bardzo prawdopodobne, że przyczyną całego zamieszania były fałszywe kliknięcia, które według szacunków mogą w usługach AdWords i AdSense stanowić nawet 30%. Możliwe jest też, że przyczyniła się do tego złośliwa konkurencja, albo na jednym z popularnych branżowych portali zaczęły pojawiać się reklamy opisywanej firmy.
Sprytni czytelnicy z pewnością już zauważyli, że po części winę za swoje straty ponosi sam właściciel firmy, który nie zapoznał się dokładnie z opcjami oferowanymi przez system. AdWord oferuje bowiem dzienny limit kliknięć. Dzięki niemu osoba wykupująca reklamę może się zabezpieczyć przed taką niemiła niespodzianką.
Nie zwalnia to jednak Google z obowiązku podjęcia skutecznych działań mających przeciwdziałać fałszywym kliknięciom, tym bardziej, że temat był poruszany w prasie wiele razy.
