Przez lata Microsoft powtarzał to samo: 8 GB RAM w zupełności wystarczy do pracy na Windowsie 11. Wystarczy otworzyć pięć kart w przeglądarce, żeby przekonać się, że to nieprawda. Teraz firma wreszcie przyznaje, że coś tu nie gra, i zapowiada zmiany.
Problem, o którym wiedzieli wszyscy oprócz Microsoftu
8 GB RAM to wciąż najpopularniejsza konfiguracja pamięci w tanich i średniej klasy laptopach sprzedawanych w Polsce. Nie każdego stać na sprzęt z 16 GB, a producenci chętnie oferują tańsze warianty, żeby zejść z ceną poniżej psychologicznej granicy. Problem w tym, że Windows 11 na takiej konfiguracji krztusi się przy zupełnie podstawowych zadaniach.
Kilka kart w Edge’u, Spotify grający w tle, do tego Teams albo Outlook czekający na powiadomienia. I system zaczyna zauważalnie zwalniać. Dysk pracuje na pełnych obrotach, bo Windows intensywnie korzysta z pliku wymiany, żeby zrekompensować brak fizycznej pamięci. macOS na podobnie skonfigurowanym sprzęcie radzi sobie zauważalnie lepiej – głównie dzięki lepszemu zarządzaniu pamięcią na poziomie systemu.
To nie jest nowy problem. Użytkownicy i dziennikarze technologiczni zgłaszali te bolączki od lat, a Microsoft konsekwentnie odpowiadał, że oficjalne wymagania systemowe są wystarczające. Teraz, po latach krytyki, coś się zmienia.
Co dokładnie zmienia Microsoft
Według nieoficjalnych informacji firma szykuje plan optymalizacji obejmujący kilka obszarów:
- Windows ma zużywać mniej pamięci sam z siebie – Microsoft chce ograniczyć tak zwany memory footprint systemu.
- Firma stopniowo zastępuje komponenty oparte na WebView lżejszym i bardziej wydajnym frameworkiem WinUI.
- Proces wstępnej konfiguracji systemu (OOBE, czyli Out of Box Experience) ma działać szybciej – dziś na słabszych maszynach potrafi być frustrująco wolny.
- Funkcje rodzinne i kontrola rodzicielska mają zostać uproszczone, tak by zużywały mniej zasobów.
To ambitny plan. Szef działu Windows w Microsofcie miał zadeklarować, że system ma działać „zauważalnie lepiej” na komputerach z 8 GB RAM jeszcze przed końcem 2026 roku. Brzmi obiecująco. Po wcześniejszych doświadczeniach z podobnymi zapowiedziami warto jednak podchodzić do tego z rezerwą.
Głos jako przyszłość, ale najpierw podstawy
Ciekawym elementem planu jest też nacisk na obsługę głosową jako alternatywny sposób interakcji z systemem. Microsoft idzie w stronę multimodalności – sterowania komputerem nie tylko klawiaturą i myszą, ale też głosem. To pasuje do długoterminowej wizji firmy. Trudno jednak nie zapytać: czy nie lepiej najpierw sprawić, żeby system płynnie działał na sprzęcie, który miliony ludzi mają w domu, zanim doda się mu kolejną warstwę funkcji?
Czy to wystarczy?
Microsoft ma na koncie niejedną obietnicę poprawy wydajności, która okazywała się kosmetyczną zmianą. Ten plan może skończyć się tak samo. Ale sam fakt, że firma oficjalnie przyznaje problem i podaje konkretne ramy czasowe, to krok w dobrą stronę – wcześniej nie było nawet tego.
Ostatecznie to użytkownicy zdecydują, czy zmiany faktycznie coś zmieniają, czy to kolejny komunikat prasowy bez pokrycia. Do końca 2026 roku zostało jeszcze trochę czasu. Pozostaje czekać i sprawdzić, czy Microsoft dotrzyma słowa.
