Co odróżnia strony największego polskiego portalu internetowego od tabletek na potencję? Jedna litera. Wystarczy pomylić klawisze i zamiast onet.pl wpisać onte.pl, a trafimy na stronę erotycznego forum dyskusyjnego. Takich stron pułapek jest w sieci mnóstwo.Jeżeli w nazwie Onetu zamiast litery „o” przypadkowo wpiszemy cyfrę „0”, trafimy na prywatne strony firmy z Rzeszowa. O pomyłkę nietrudno, bo oba znaki sąsiadują na klawiaturze. Podobna niespodzianka czeka nas, gdy wchodząc na stronę popularnej wyszukiwarki wpiszemy jedną lub dwie litery „o” za dużo. Pod czekają na nas tabletki zwiększające doznania erotyczne.
To zjawisko nosi angielską nazwę typosquatting. Chodzi o celowe zajmowanie adresów (domen) internetowych, których nazwy przypominają te najbardziej znane i popularne. Ludzie, którzy rejestrują takie domeny, w chytry sposób wykorzystali twarde prawa statystyki. Nazwy najpopularniejszych stron internetowych wpisywane są miliony razy (np. na codziennie wchodzi 2 mln użytkowników). A wiadomo – palec na klawiaturze komputera każdemu może się omsknąć. Jeżeli z dwóch milionów odwiedzających tylko co tysięczny popełni błąd, to daje nam już 200 przypadkowych gości. Jedna przestawiona litera skieruje ich pod całkiem inny adres.
Liczba potencjalnych błędów popełnionych w nazwie jest duża. Wykorzystujący typosquatting starają się więc wytypować te, które internauci popełniają najczęściej. Na przykład wielokrotnie zdarza się pominięcie kropki w nazwie. Zarezerwowanie takiej domeny to skarb, o czym świadczy przykład Wiktora Zajkiewicza, właściciela sklepu z oponami z Łodzi. Wykupił nazwy najpopularniejszych polskich portali, tyle że bez kropek. Po wpisaniu , , , zostaniemy przerzuceni do… internetowego sklepu z oponami Zajkiewicza. – W ten sposób codziennie wchodzi na naszą stronę ponad 2 tys. osób – chwali się pomysłowy przedsiębiorca. Sklep internetowy przynosi już 30 proc. obrotu firmy Zajkiewicza.
Zdarza się, że na podobnej domenie ktoś uprawia działalność konkurencyjną albo sprzedaje kiepskie podróbki markowych towarów. Niektóre firmy (np. banki, producenci samochodów) w obronie przed typosquattingiem wykupiły wszystkie podobne i błędne adresy w sieci. Co prawda ich utrzymanie jest kosztowne, ale to nic w porównaniu do ryzyka wprowadzenia w błąd klientów. – Dostajemy co jakiś czas oferty kupna różnych domen, w tym również podobnych do naszej, ale nigdy tego nie robimy – mówi Mariusz Biedrzycki z portalu Onet.pl.
Sieciowi cwaniacy szukają też nazw firm i znanych marek, które nie mają jeszcze swego miejsca w Internecie. To znany od wielu lat tzw. cybersquatting (sam squatting to jak wiadomo bezprawne zamieszkiwanie opuszczonych pomieszczeń; cybersquatting polega na rejestrowaniu domen będących nazwami czyichś firm lub produktów). Za odkupienie takiej domeny trzeba potem słono płacić. Ich właściciele zazwyczaj umieszczają na nich napis: „Na sprzedaż” i podają numer telefonu. – Cena wywoławcza zaczyna się od kilkudziesięciu tysięcy, a kończy na 1–2 tys. zł – mówi współtwórca jednego z portali.
Do legendy przeszło kilku studentów, którzy w połowie lat 90. zarejestrowali nazwę i zażądali od amerykańskiego giganta w produkcji oprogramowania miliona dolarów odstępnego. Po miesiącach negocjacji w ogóle zrezygnowali z pieniędzy. Podobne problemy miał w Polsce producent oprogramowania Windows. Przez 4 lata walczył o odzyskanie domeny . W podobnej sytuacji jest radio TOK FM. Internetowy adres zarejestrowała spółka C-9 z Poznania. Za jego odsprzedaż najpierw chciała 30 tys. zł, a potem zniknęła. Pod podanym adresem są teraz drobne ogłoszenia.
Cybersquatting nie jest nielegalny. Prawnicy starają się jednak udowadniać, że bywa czynem nieuczciwej konkurencji, wprowadza w błąd ich klientów. Jeżeli nazwa strony narusza nazwę firmy lub znak towarowy, można próbować ją odzyskać na drodze sądowej. Ewentualne spory rozwiązuje się też przed
Więcej w najnowszym wydaniu Polityki.
